Golemy i Zjawy

Opowieść z innego świata. Ciemniejszego. Cięższego. Ale może... prawdziwszego.

O czym to jest?

W świecie, gdzie żywi nie mogą już rozmawiać z duchami, istnieje tylko jedna rasa, która ich rozumie — Golemy. Zbudowane z błota, metalu i magii, zawierają kontrakty z zjawami. Zjawy płacą nie złotem, lecz czasem, obietnicami, fragmentami dusz. A ludzie... ludzie tylko obserwują. Albo próbują kraść.

Dlaczego to powstaje?

To nie jest książka. To nie projekt pod publikację. To świat tworzony z potrzeby wyobraźni. Opowieści, które powstają w wolnych chwilach — bez terminu, bez deadline'u, bez presji. Ale jeśli wyrosną… to niech będą silne jak młot, który je stworzył.

Status

Golemy i Zjawy Rozdział 1: Corpus Animatum Wielkie, umięśnione góry mięsa – bez serca, bez rozumu. Golemy. Dotąd skryte w kuźniach, niewidoczne za dnia. To one wznosiły mury obronne, które od setek lat służyły ludziom. Od tamtego czasu wszystko, co miało w sobie kamień, fundament i pot, było dziełem tych istot. Rowy, fosy, nasypy – mozolnie wykopywane bez słowa, bez odpoczynku, aż do ostatniego polecenia. Aż w końcu – zabrakło pracy dla mięsa. Ratusz lśnił. Mury stały – nienaturalnie wielkie, niedostępne dla jakiejkolwiek armii. Zbyt potężne, by zrozumieć ich pełen zasięg. Chłopi z przedmurza opierali swoje chaty o ich kamienne ściany, czasem wykuwając w nich kryjówki – dziuple na przetrwanie. Nikt nie wiedział, jak szerokie naprawdę były. Brama? Nigdy nieotwarta. Ani tego dnia, ani kolejnego. Król nie pojawiał się pośród tej warstwy społecznej. Właściwie – nikt nie wiedział, jak wygląda. Znać można było tylko namiestnika. On zjeżdżał z góry – zawsze ze swoim golemem. Drewniana winda, napędzana napięciem mięśni tego stworzenia, trzeszczała z wolna. Lina naprężona jak nerw. Na platformie – namiestnik w czarnej zbroi i jego koń. Ale nie był to koń bojowy. Nie był dumny ani wytresowany. To był koń pociągowy – nienaturalnie wielki, oddychający ciężko, jakby w środku miał katapultę gotową do strzału. Gdy dotknął ziemi, namiestnik ruszał sam – dumny, ciężki, bez eskorty. Zbroja z bliska wydawała się jeszcze bardziej masywna. Widać było uszkodzenia – zespawane płytki, wgniecenia po ciosach Morgensternem. Ten rycerz króla zjeżdżał tylko raz w miesiącu – odebrać towary z dalekiego wschodu. Towary i ludzi. Niewolnicy byli tam już skatalogowani przez kupców. Sprzedawani razem z ładunkiem – jak gratis. Nie wracali. Znikali pod zamkową kopalnią – tą, której wejścia strzegł golem. Miał swoją stróżówkę, ale nie pełnił roli strażnika. Jego zadaniem była kontrola – monitorował konstrukcje wzmacniające wnętrze kopalni. Tylko on wiedział, co się tam naprawdę działo. Bez słowa. Kopalnię ochraniał cały batalion kuszników. Sama znajdowała się w skale zwanej Niedźwiedzią – tam rozbito obóz wojskowy. Golem nie tylko kontrolował – konstruował również kusze dla żołnierzy. Nikt nie odważył się nawet spojrzeć mu w oczy. Miał dłonie wielkości głowy w hełmie. Nie był agresywny. Teoretycznie. Ale był przypadek. Kusznik – zgnieciona czaszka. Po prostu – pękła mu głowa. Nikt nie wymierzył sprawiedliwości. Taki golem kosztował zbyt wiele. Nawet namiestnik nie miał słowa dla rodziny, która czekała na sąd i zadośćuczynienie. Zostali tylko zastraszeni. Dowiedzieli się, że jedyne, czego mogą oczekiwać od królestwa, to baty na plecy i wypalanie genitaliów.